- Logo -

Główna | O nas | Ekwipunek | Księga gości | Linki | |

Szwajcaria 2016
 
Droga św.Jakuba
 
Europa 2010-11
 
Francja 2010
 
Szwecja 2009
 
Rumunia 2008
 
Dania - Niemcy 2007
 
Rugia 2007
 
Kaszuby 2006
 
Pomorze 2005
 
Szlak Cystersów 2004
 
Maroko 2003
 
Polska wsch. 2002
 
Hiszpania 2001
 
Skandynawia 1999
 
Węgry 1998
 
Nordkapp 1997
 
Wyprawa

I LO im. M Kopernika w Kołobrzegu.

Klub Turystyczny Żaba

Bukowina Rumuńska, polskie wsie oraz MALOWANE CERKWIE

Pomysł na tę wyprawę zrodził się na naszym poprzednim rajdzie rowerowym z Kopenhagi do Kołobrzegu, więc rumuńską eskapadę poprzedził cały rok zakupów, napraw, planowania i całej masy innych przygotowań, co jednak okazało się nam w pełni opłacić- dopięty na ostatni guzik ekwipunek i sprzęt znacznie ułatwiły życie i nie zawiodły ani razu, co okazało się nie bez znaczenia podczas przejazdu przez zagubione w górach rumuńskie wioski. Trwającą ponad dwa tygodnie wyprawę rowerem po Bukowinie Rumuńskiej zaczęliśmy od morderczej, dwudniowej podróży- najpierw, po raz zresztą kolejny, poznaliśmy uroki polskiego PKP, oferującego rowerzystom w cenie biletu nie tylko miejsce stojące w zatłoczonym pociągu Wrocław-Przemyśl, ale także upychanie siłą ukochanego sprzętu w ciasnym przedziale rowerowym. Potem zaś mieliśmy okazję przeżyć (kilka razy niemalże cudem!) dostarczającą masę adrenaliny 8-godzinną jazdę busem przez Ukrainę, gdzie jeśli przepisy ruchu drogowego w ogóle istnieją, to raczej tylko w teorii. Prawdziwa wyprawa zaczęła się po przejściu przez ukraińsko-rumuńską granicę (przejściu, o dziwo, bezproblemowym, w przeciwieństwie do kłopotów, jaki mieliśmy z tzw. „mrówkami” w Medyce na granicy polsko-ukraińskiej), przez nas przekraczaną na przejściu samochodowym w Garbauti, niedaleko przygranicznego miasta Siret. Następnego dnia, po noclegu spędzonym w Domu Polskim w Wikszanach (małej wiosce niedaleko Siretu) i porannym przejechaniu kilkunastu kilometrów, otworzyła się przed nami prawdziwa Bukowina. Wjechaliśmy w pagórkowate królestwo pól kukurydzy, kolorowych, drewnianych wiosek i szutrowych dróg, na których jedynymi czterokołowymi pojazdami były furmanki przewożące siano. Pierwsze kilometry wyprawy wiodły przez polską część Bukowiny, czyli wioski, gdzie Polacy osiedlali się nielicznie już od XVI wieku, a prawdziwy rozwój Polonii nastąpił w wieku XIX. Wtedy polscy osadnicy zaczęli tłumnie zjeżdżać na Południową Bukowinę by znaleźć pracę jako górnicy w kopalniach soli lub drwale w bukowińskich lasach. Dziś ich potomków mieliśmy okazję nie tylko spotkać , ale także korzystać z ich gościnności w pół-polskich wioskach w Wikszanach, Kaczyce, Nowym Sołońcu czy Pleszy. Dopiero po kilku dniach wyjechaliśmy z komfortowych terenów, gdzie niemal wszystko można było załatwić mówiąc wyłącznie po polsku (w restauracji w Kaczyce spotkaliśmy nawet menu pisane nieco łamaną, ale zrozumiałą polszczyzną), i znaleźliśmy się we wschodniej części masywu Karpat Rumuńskich, który przejechaliśmy trasą od miejscowości Farcasa do miasteczka Bicaz. Ten górski etap wyprawy był chyba najciekawszy zarówno pod względem widokowym (widok ze szczytu góry na dolinę lub wizyta w górskim monasterze potrafiły nam wynagrodzić nawet trud wjazdu rowerem na wysokość 1200 m.n.p.m w niemal 40-stopniowym upale), jak i turystycznym- wymagał od nas nie tylko sporego wysiłku fizycznego, ale też wykorzystania większości sprzętu zbieranego przez ostatni rok. Na nasze szczęście, w górskich wioskach nie brakowało ludzi chętnych na przyjęcie zakurzonych i spalonych słońcem rowerzystów, nakarmienie nas mamałygą z kiełbasą, jajkiem i owczą bryndzą (tradycyjny rumuński zestaw, coś na wzór naszego bigosu czyli dużo, smacznie i tanio) i udostępnienie miejsca pod namiot we własnym ogródku. Zresztą ta prosta, ale miła gościnność jest jednym z najbardziej niezapomnianych punktów wyjazdu. W Karpatach spędziliśmy trzy dni, po których wjechaliśmy w teren raczej płaski, gdzie na trasie spotkaliśmy zdecydowanie więcej miast. W przeciwieństwie do karpackich wsi, które w Rumunii naprawdę warto odwiedzić, miasta są raczej nieciekawe- po prostu w gruncie rzeczy wyglądają bardzo podobnie do polskich. Jednak tutaj też na każdym kroku spotykaliśmy gościnność , która niewątpliwie warta była przejechanych kilometrów. Wyprawę po Bukowinie Rumuńskiej zakończyliśmy w Suceavie, historycznej stolicy najpierw krainy Mołdawii, a później Bukowiny. Miasto jest dosyć ciekawe, położone na wzniesieniu, którego kiedyś broniła kamienna forteca- Cetatea de Scaun. Szczerze jednak mówiąc na nas, przyzwyczajonych do niemal potykania się o kilkusetletnie zabytki w Polsce, piorunującego wrażenia nie zrobiła.

Nasza wyprawa zakończyła się po 16 dniach intensywnej jazdy i jeszcze intensywniejszych przeżyć. Trzeba przyznać, że Rumunia wszystkich nas zaskoczyła- przed wyjazdem, zgodnie z panującymi stereotypami, przygotowywaliśmy się na wszelkie ewentualności, z zostaniem obrabowanymi włącznie. Kolejny raz jednak wyjazd pokazał nam, że stereotypowe myślenie najczęściej całkowicie mija się z prawdą. Rumuni okazali się jednym z najbardziej otwartych i gościnnych narodów, jakie mieliśmy okazję spotkać. Jazda przez karpackie wioski, niekiedy oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów i wyglądające na zatrzymane w czasie z początku wydawała się egzotyką- jednak już kilku dniach życzliwość okazywana przez miejscowych pozwoliła nam poczuć się naprawdę swojsko i wniknąć w jedyną w swoim rodzaju atmosferę, której jeszcze nigdzie indziej nie spotkaliśmy. I to jest właśnie to, co w rowerowej turystyce ceni się najbardziej- jedyne w swoim rodzaju wspomnienia.

Katarzyna Jóźwiak



Zdjęcia






















by ostojan 2010